Wszystko, co piękne, potrzebuje czasu.

O włoskim winie, modzie, marmurze i tuszu z Toskanii na FuoriSalone
FuoriSalone rządzi się swoimi prawami. Przychodzisz z listą, a wychodzisz z zupełnie innymi obrazami w głowie. Tym razem moją listę wygrało wino – a konkretnie: Franciacorta, marmur z Carrary, marka modowa i biuro architektoniczne z Florencji w jednym projekcie. Do tego toskańska artystka, która maluje winem. I pomimo różnych, czasem skrajnych i bardziej negatywnych opinii na temat tej edycji Salone del Mobile i FuoriSalone 2026, znalazłam tutaj coś swojego.
To teraz od początku, bo wszystko ułożyło się dla mnie w jeden włoski puzzel.

Rok 1961. Ten sam rok, trzy przełomy
To rok pierwszej edycji Salone del Mobile w Mediolanie (targów meblowych) które zrewolucjonizowały pojęcie włoskiego wzornictwa i po raz pierwszy pokazały światu to, co dziś znamy jako Made in Italy. Dodatkowo, moda włoska ma swój wielki początek: pierwsze pokazy mody (a wraz z nimi skandale, ale o skandalach innym razem), włoskie prêt-à-porter zajmuje miejsce francuskiego haute couture.
W tym samym roku Guido Berlucchi i Franco Ziliani zamknęli pierwsze trzy tysiące butelek Pinot di Franciacorta, wina musującego robionego metodą klasyczną, tą samą żmudną i cierpliwą, co Szampan. Tak narodziła się Franciacorta.
Trzy przełomy, ten sam rok. Przesądni Neapolitańczycy powiedzieliby, że to nie przypadek. I słusznie.

Slowear, Luce di Carrara i Franciacorta, czyli co łączy wino z marmurem i marką modową?
Instalacja Franciacorta Studio mieściła się w showroomie włoskiej marki Slowear na Corso Sempione. Przestrzeń, podzielona na kilka stref, poświęcona była żywiołom tworzącym terroir Franciacorty: ziemi, wodzie, wiatrowi, człowiekowi, czasowi. Do tego elementy z marmuru z Carrary zaprojektowane przez florenckie biuro Pierattelli Architetture (notabene, miałam okazję poznać projekty architektów Pierattelli i ich wartości (nie wyobrażam sobie innego biura w tej wystawie).

Wieczorne degustacje prowadzone przez Sarę Missaglię były dla mnie czymś więcej niż prezentacją etykiet. Opowieść o tym, że słoność, którą czujesz w kieliszku Franciacorty, jest śladem po morzu, które tysiące lat temu pokrywało te tereny. No właśnie – historia w kieliszku.

Hasło tegorocznego FuoriSalone brzmiało Essere Progetto, czyli „być projektem”. Ważniejszy jest proces niż efekt finalny. I w tym sensie wino, marmur i moda mówią tym samym językiem: wszystkie wymagają czasu, którego współczesny świat nie lubi dawać.

Strefa Il Lago: winnice narysowane tuszem, marmur, ziemia. Terroir w jednej przestrzeni.
Starszy pan, elegancka pani i obraz namalowany winem
Do MONDI/26 trafiłam trochę przypadkiem, a trochę nie. Majstersztyk. Instalacja w kościele w samym sercu Brery, tkaniny, światło, architektura. Stałam przed dużym płótnem z koniem. Obok na stoliku stała butelka z żółtą etykietą Ruffino.

Podszedł starszy pan i zagadał spokojnie: „Czy wiesz, że to, co widzisz, jest namalowane winem?”. Wyraźnie czekał na moją minę.
Chwilę potem okazało się, że jest mężem Elisabetty Rogai – florenckiej artystki, która od lat maluje wyłącznie winem zamiast farb. Technika, którą sama opracowała i opatentowała. Obrazy starzeją się na płótnie dokładnie tak jak wino w butelce – zmieniają się wraz z czasem. Elisabetta tworzyła na żywo, wchodząc w relację z przestrzenią i widzem. Wino, coś, co zwykle towarzyszy rozmowie między ludźmi, stawało się tu narzędziem twórczym. Granica między sztuką a codziennością zacierała się całkowicie.

Człowiek, materia, czas
Tyle zależności i interdyscyplinarności, które układają się w jeden spójny obraz, tak, jak ten od Elisabetty. W obu miejscach wino przestało być dodatkiem. Stało się głównym bohaterem. I oba projekty mówiły o tym samym: że to, co naprawdę dobre, potrzebuje czasu. Marmur, wino, tkanina, obraz – każde z nich wymaga procesu. I człowieka, który potrafi poczekać.

I właśnie w tym tkwi coś, co rozpoznaję w tym, co robimy w Slow Italia na co dzień. Nasze podróże też są poniekąd procesem. Nie chodzi o check-listę atrakcji, ale o doświadczenia – czas na relacje, degustację, rozmowę, na zrozumienie, skąd pochodzi i od kogo to, co mamy w kieliszku lub na talerzu. A Italia, jak widać, jest do tego naturalnym tłem.
Winna ironia
Jest pewna ironia w tym, że wino, które istnieje od czterech tysięcy lat (a może nawet dłużej!), które było zawsze przy ludziach, przy stole, przy rytuałach, weszło do jednego z największych wydarzeń świata designu nie jako dodatek, nie jako sponsor, ale jako pełnoprawny twórca. Że ktoś w końcu wpadł na to, że między marmurową posadzką a Franciacortą w kieliszku i zrównoważoną marką modową jest dokładnie ta sama historia: cierpliwość, ziemia i ręce.
A najlepszy obraz tej nocy? Namalowany winem – i tak jak wino, zmienia się z czasem.
Justyna, Slow Italia
PS. Artykuł napisany z czasem… bez AI.