Mediolan w rytmie Rossiniego

Wiecie co? Są takie wyjazdy, które zapadają w pamięć nie dlatego, że wszystko poszło idealnie, ale dlatego, że ludzie, czas i miejsce złożyły się w jedną, harmonijną całość. Taką, której dziś wszyscy szukamy — bycia tu i teraz, wspólnego przeżywania, łapania chwil, które ulatują, jeśli się ich nie zatrzyma.
Takim właśnie wyjazdem był wrześniowy ArchiTour — networkingowa podróż do Mediolanu z grupą polskich architektów. Podróż, którą chłonęliśmy wszystkimi zmysłami, i którą chcemy się teraz z Wami podzielić.

Atłas, szyk i blask w La Scali – uczta dla oczu i smaku
Ten wieczór był jak wstęp do filmu, w którym każdy kadr dopracowano do perfekcji.
W eleganckich, wieczorowych strojach podjechaliśmy taksówkami na Plac La Scala. Kto widział ten teatr, ten wie, że z zewnątrz nie krzyczy o swojej wielkości — dopiero po przekroczeniu progów uderza w nas to, co najpiękniejsze: czysta magia.
Kolacja w operowym foyer — światło świec, włoskie smaki, rozmowy przy długim stole, atmosfera pełna oczekiwania przed spektaklem.
Jeden z gości podsumował ten moment absolutnie trafnie:
„Tu już jest pięknie, a ten wieczór dopiero co się zaczął.”
I rzeczywiście — to był dopiero początek.


zdjęcia: Slow Italia
Barwne życie La Scali
La Scala to nie tylko teatr. To pamięć Włoch zaklęta w murach, tysiące historii i emocji, które przez stulecia rozbrzmiewały między lożami.
Otwarta w 1778 roku, była świadkiem premier najważniejszych dzieł operowych i domem artystów, którzy tworzyli historię muzyki.
W XIX wieku La Scala tętniła życiem tak intensywnie, że widownia była bardziej salonem towarzyskim niż miejscem kontemplacji sztuki – pito, jedzono, grano w karty, zawierano zakłady.
To tutaj ścierały się słynne obozy fanów Marii Callas i Renaty Tebaldi — ich rywalizacja była tak zaciekła, że przypominała derby Mediolanu bardziej niż koncert.
Znany jest również „punkt Callas” — miejsce na scenie, z którego głos artystki niósł się perfekcyjnie po całej sali, bez żadnego wzmocnienia. XVIII-wieczni architekci zrobili coś, czego współcześni inżynierowie dźwięku mogą jedynie zazdrościć.

zdjęcie: Slow Italia
Spektakl — elegancja, której nie da się opisać słowami
Weszliśmy do operowego korytarza… i nagle znaleźliśmy się w świecie, w którym czas zwalnia.
Szykowne włoskie kobiety, mężczyźni w klasycznych garniturach, czerwone szminki, wachlarze — moda i elegancja w najczystszej formie, ta prawdziwa, niewymuszona, tylko włoska.
I kiedy już wydawało się, że sam widok publiczności jest małym spektaklem — kurtyna podniosła się, a na scenę wkroczył Rossini.
Rossini, zwany „włoskim Mozartem”, słynął z błyskawicznego tempa pracy. Mówiono, że potrafił napisać akt opery w czasie, gdy inni dopiero wybierali pióro.W 1817 roku stworzył swoją wersję „Kopciuszka” — „La Cenerentola”. Bez pantofelka, bez wróżki, bez dyniowej karety… a jednak pełną uroku i mądrości. Zamiast magii mamy tu ludzkie emocje: krzykliwe siostry, interesownego ojczyma, przebiegłego filozofa i księcia, który przebrał się za sługę, by poznać prawdę o innych.
Rossini mruga okiem do widza, mówiąc: prawda o człowieku nie potrzebuje czarów, by ujrzeć światło dzienne.

zdjęcie: Slow Italia
Finał pełen emocji
Wyjazd do Mediolanu okazał się czymś znacznie więcej niż kolejnym zawodowym spotkaniem czy inspiracyjną podróżą.
Dla wielu z nas stał się doświadczeniem, w którym architektura, sztuka i ludzkie historie połączyły się tak naturalnie, jak nuty w rossiniowskiej uwerturze.
La Scala — majestatyczna, pełna życia, opowieści i emocji — pokazała nam, że nawet najbardziej monumentalne miejsca mogą stać się niezwykle osobiste, jeśli przeżywa się je razem.

zdjęcie: Slow Italia